poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Dzień bez carpe diem jest dniem straconym, gdyż razem jesteśmy wyjątkowi.

Macie motto? Ja nie mam. Czym otwarcie i łaskawie się afiszuję - jestem osobą, która niechętnie przywłaszcza sobie cudze myśli (no dobra, to zależy - ale zazwyczaj ;) ). Gdy będę już sławnym literatem, którego język giętki będzie w stanie powiedzieć wszystko, co pomyśli głowa (ad. nie-przywłaszczania sobie myśli ;) ), wtedy wymyślę sobie bardzo ładne motto, którego nikt wcześniej nie użył - jeśli się gdzieś pojawi, to dlatego, że ktoś raczył je ode mnie zerżnąć.

Czemu to piszę?

Na portalach społecznościowych często należy wpisać w swój profil "motto". Oznacza to mniej więcej tyle, co "wpisz tu jakiś wyświechtany frazes" - a to z tego względu, że ludzie zazwyczaj - jak ja - motta nie mają, więc wpisują w to miejsce niezmiernie oryginalne i jakże prawdziwe treści w stylu "dzień bez uśmiechu to dzień stracony". Ten jakże głęboki tekst nadal - po 3644678 jego przeczytaniu - nie budzi we mnie zrozumienia. Ewidentnie jestem imbecylem, gdyż nie pojmuję, dlaczego 3 dni temu pracując przez 12 godzin i kończąc cholerny projekt - nie uśmiechając się, bo byłem w paskudnym nastroju - zmarnowałem dzień :).
Równie częste, bądź niewiele rzadsze, są wpisy o treści "carpe diem" - nie da się ukryć, że osoba łapiąca dzień na pewno jest szalona, z poczuciem humoru, i można z nią karpie kraść. No i porozmawiać o poezji Horacego, jak się domyślam?
Dalej - "Razem jesteśmy wyjątkowi, a osobno tylko zwyczajni". Gdy zmieszamy szarość z szarością, wychodzi nam, jak wiadomo, soczysta zieleń :). Nie wspominając już o ulotności i poetyckiej lekkości tekstu, porównywalnej chyba jedynie z "na górze róże, na dole fiołki".
Dalej... eee, po co dalej? :)

Czemu ludzie tak często wpisują w te durne okienka równie durne teksty?
A co za tym idzie - czy ktoś z Was chciałby się zaprzyjaźnić z osobą, dla której dzień bez uśmiechu jest dniem straconym? :)
Co pozostawiam Wam pod rozwagę ;).

niedziela, 19 kwietnia 2009

Należy usunąć / olać / zarzucić [tu nazwa]! WSZYSCY POWINNI!

Specyficznym zjawiskiem, które od jakiegoś czasu obserwuję z niemałą fascynacją (i - nie da się ukryć - z dużą dozą pobłażliwości), jest kontestacja. Ale nie kontestacja po prostu, a jej bardzo specyficzny i popularny - zwłaszcza wśród ludzi młodych i "z ambicjami" - podgatunek, mianowicie kontestacja dla samej kontestacji.
A zatem należy bojkotować Grono, Naszą Klasę, Blogi (to też kiedyś miałem - jak widać mi przeszło :)), Facebooka, Goldenline, Gmaila, BMW, McDonald'sa, KFC, eleganckie restauracje, TVN, Polsat, Zarządzanie i Marketing, anime, muzykę elektroniczną, heavy metal... ad infinitum.
Kurde, może ja się nie znam i faktycznie trzeba. Niektóre może faktycznie wypadałoby zbojkotować z takich a nie innych względów - jak np McDonald'sa i to NIE za to, że jest niesmaczny i niezdrowy (bo litości, państwo kontestanci, co to za argument, skoro żarcie w Macu smakuje milionom ludzi, którzy przy tym nie palą papierosów?), a za to, że wycina lasy tropikalne w ramach przystosowywania gruntów pod pastwiska. OK, punkt dla Was.
To teraz delikatniej: dlaczego należy bojkotować Grono? Bo jest dla gówniarzy nie mających własnego życia. Kropka.
A BMW? Bo to dresiarskie samochody. Kropka.
A Yamahy R6 i R1? Bo to dresiarskie motocykle. Kropka.
I w ten oto sposób nagle okazało się, że jestem dresiarzem (bo bardzo lubię BMW i supersporty Yamahy) nie mającym własnego życia (bo korzystam z Grona).
Zawsze mi się wydawało, że to użytkownik konstytuuje "jakość" rzeczy (w cudzysłowiu, bo nie chodzi o jakość popularnie rozumianą jako ergonomię, trwałość itd.). Olewanie BMW, bo jeżdżą nim dresiarze, jest mniej więcej tak sensowne, jak rezygnowanie ze śpiewania, bo Doda też śpiewa. Może litości troszkę, proszę Państwa?
To samo z Gronem. Osobiście używam go jak wygodnej skrzynki mailowej - zwłaszcza jeśli chodzi o kontakt z ludźmi, z którymi kontakt mam dość rzadki i ich adres mailowy nie jest mi znany. Naciskam 'wyślij do wszystkich' (czy jak to się tam nazywa) i informowanie o imprezie czy wyjeździe na żagle mam z głowy. A przy okazji mogę obejrzeć nowe moto kolegi spod Zakopanego oraz dwa dni temu urodzoną córkę przyjaciółki z Poznania. Nie wspominając już o haniebnym wręcz (z pewnością) okazjonalnym udzielaniu się na gronie o motocyklach.
Cóż ze mnie za no-life.
Pozostałych podanych przeze mnie przykładów nie będę już analizował - każdy może w końcu zrobić to we własnym zakresie. W każdym razie uważam, że kontestacja - owszem, ale rzeczy jednoznacznie złych. Możemy czegoś nie robić/słuchać/oglądać, bo nam się nie podoba. Ale od razu niszczyć? To bardzo płytka - dresiarska właśnie - ideologia, drodzy Państwo. Oni też niszczą wszystko, co im nie pasuje.
Co pozostawiam Wam pod rozwagę ;).

sobota, 18 kwietnia 2009

...czy trzcina czująca?

Autor bloga o tak intelektualnym teoretycznie tytule powinien być, jak się zdaje, ostoją racjonalizmu i stoicyzmu, panować nad emocjami i kierować się w życiu chłodną logiką (nie wykluczając, oczywiście, moralności).

Nie jest. Nie panuje. Nie kieruje się.

Sentymentalne melodyjki w głośnikach i sporo szarości w duszy. Zwłaszcza w dniu, w którym ważne w życiu rzeczy raczyły się spieprzyć, a inne ważne rzeczy spieprzone są już od dawna.
Walczę ze swoją nadwrażliwością i staram się ją okiełznać. Mając świadomość, że pozostanę nadwrażliwy do końca życia.
Albo i dłużej?

Bo jeśli człowiek jest trzciną myślącą...

...jak twierdził Pascal, to czasem chciałby coś powiedzieć. A że mówienie do ściany, tudzież w okno, daje średnią satysfakcję, to czasem pisze się tam, gdzie ktoś może to zobaczyć.

Więc wziąłem sobie tę przestrzeń. Żeby coś wykrzyczeć tudzież powiedzieć. Tudzież wymilczeć czasem.
Nabełkotałem się przez te ćwierć wieku co niemiara (trochę tego jeszcze nawet wisi w necie chyba), więc spróbuję tym razem trochę bardziej rzeczowo. A co wyjdzie - zobaczymy.