piątek, 15 maja 2009

"Ewolucja", czyli dlaczego kobiety są coraz brzydsze, a mężczyźni coraz głupsi?

Na wstępie, zanim zostanę zbutowany za cokolwiek - nie jestem antyfeministą, szowinistą, czy innym pajacem. Tytuł ma się nijak do mojego zdania na temat roli płci w społeczeństwie, więc możecie już odłożyć tasaki.
Wpis oprę w dużej mierze na czytanym przeze mnie przed laty felietonie ze ś.p. "Magii i Miecza" (niestety nie pomnę już, czyim. Autorze, wybacz, ale było to z dekadę temu), ale też nieco na swoich przemyśleniach.
Otóż przedstawmy sobie kobietę. Nieudaną wybitnie: waży 120 kilo, ma krzywe zęby, łysieje w wieku lat 25 i ma nos jak wiedźma. W dodatku prymuską też nie jest. Co robi ze sobą taka kobieta? Ano właśnie - postanawia się zmienić. Co zatem robimy?
Waga - odsysanie tłuszczu, w ilości wielkiej. Spalaniem się nie przejmujemy - po co, skoro można odessać?
Zęby - dziś się nie prostuje, dziś się wstawia implanty. I oto nasza (szczupła już) kobieta funduje sobie za roczną pensję piękny rząd zębów. Albo i dwa rzędy.
Włosy - no, to akurat nietrudne. Przeszczepik i raz dwa mamy piękne włosy. Do tego fryzjer i pozostaje nam do poprawy tylko nos.
Co z nosem, wiadomo - Jackson przetarł ścieżki, a od jednej operacji może się nie rozsypiemy. Kilka godzin pod skalpelem i oto nasza koleżanka jak nowo narodzona - szczupła blondynka z pieknymi zębami i ślicznym zadartym noskiem. Która to blondynka (a jakże, w końcu ponoć na takowe samce lecą najbardziej) szybko znajduje sobie faceta, bierze ślub i z tym facetem co? Oczywiście - ma dzieci.
Dzieci z ciałem matki - otyłe, z krzywymi zębami, paskudnym nosem i tendencją do łysienia, i z mózgiem ojca - półidioty, który poślubił efekt pracy chirurgów zamiast kobiety z krwi i kości.
Oczywiście, jest to sytuacja mocno uproszczona, ale z drugiej strony - czy nie da się powiedzieć, że coś w tym jest?

Czy nie powinniśmy się bać, że w pewnym momencie zaczniemy się cofać w rozwoju? Bo o przetrwaniu najsilniejszych w dobie rozwiniętej technologii i medycyny zupełnie mowy być nie może - nie przypominam sobie, żebym się musiał kiedyś jakoś mega przystosowywać do warunków - to ja dostosowywałem warunki do siebie.
Co pozostawiam Wam pod rozwagę ;).

4 komentarze:

  1. Celnie i słusznie, lecz czy nie nazbyt pochopnie? Nie wszyscy wybierają względem zalet powierzchownych. Tak czynią tylko prostacy, których życiem dyktuje pan tkwiący w majtkach.

    Czyżby trochę autokrytyki w tym tekście tkwi z powodu ubolewania iż póki co, jest się samym? Acz przecież chwali się to, że jest się samym :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No proszę, cieszę się, że ktoś się odzywa :)

    Ad. pierwszy akapit - no jasne, że nie wszyscy. Dlatego też napisałem, że to uproszczenie. Chodziło mi raczej o zasygnalizowanie jakiegoś niebezpieczeństwa, które - jak mi się wydaje - gdzieś tam się pojawia.

    Ad. drugi - Autokrytyki chyba brak. Sam faktycznie jestem, acz nie od zawsze, a związków, poza jednym, nie żałuję :). Tym niemniej nie ubolewam jakoś strasznie, po prostu myślę, że może zdarzy mi się nie być samym ;). Zupełnie nie brałem własnej osoby pod uwagę pisząc tę notkę, muszę to przemysleć :).
    A bycie samym chyba nie jest szczególnie chwalebne. Ani też szczególnie godne nagany. Po prostu jest, i tyle :).

    Pozdro.

    OdpowiedzUsuń
  3. Co do pierwszej części odpowiedzi. Mój błąd. Nie czytałem może na tyle uważnie, żeby to zapamiętać. Alkohol znacznie ogranicza percepcję, jeśli wypity w większej ilości.

    Co do niebezpieczeństwa. Myśląc bardziej futurystycznie, zgrozą będzie, jeśli za przetrwanie człowieka będą odpowiedzialne całkowicie maszyny. (no ale to chyba za dużo Matrixu w tym ;) )

    Co do odpowiedzi na drugą odpowiedź.
    W końcu to blog. Uzewnętrzniając swoje myśli, pokazać można też niewprost, w jakim stanie się jest. No chyba że uwielbia się robić maskarady.
    A co do bycia samym, to może to być chwalebne. Ale nie zawsze. Choć to zależy od osoby która jest sama. Czy to się jej podoba i chwali, czy wręcz odwrotnie. Najgorzej, jeśli jest się po środku. Bo albo zapada się coraz bardziej w tym jestestwie, albo jest się wewnętrznie rozdartym nie posiadając blisko siebie tej połówki. Chodzi tu bardziej o możliwość nacieszenia się kimś w sposób duchowy i umysłowy. Z kimś się czymś można podzielić...no i wiele takich pierdół ;) Oczywiście można wyłączyć z tego fizyczność. Nie trudno znaleźć pustaka, którego fizycznie można uzupełnić. Jeśli nawet nie za darmo, to zapłacić też można - mamy wtedy profesjonalną obsługę. Ale to chyba też po jakimś czasie zaczyna nas jeszcze bardziej rozrywać emocjonalnie. (chyba że jest się kimś płytkim, uwielbiającym tylko swą fizyczność, nie rozmyślając o czymś większym)

    OdpowiedzUsuń
  4. Generalnie tworzymy sobie coraz więcej zagrożeń - wcale nie będzie dziwne, jeśli sami się wykończymy. Co zrobić?

    Maskarady nie urządzam, po prostu nie próbowałem w ogóle ujmować całej sytuacji w kontekście znajdowania sobie "pary" - myslałem raczej na poziomie genetyki :).
    Co do bycia samym - zgoda. Pisałem konkretnie o swojej sytuacji.

    Pozdro.

    OdpowiedzUsuń